Strona głównaEnglish version
OskarFilmyTeatrDlaczego Japonia?
To lubięGaleria rysunkówO WajdzieBibliografia

Nie mogę stać z boku

Rozmowa Barbary Hollender z Andrzejem Wajdą, przeprowadzona z okazji 80. urodzin reżysera

Opublikowana w "Rzeczpospolitej" 6 marca 2006 roku

Barbary Hollender: Jak się pan czuje jako jubilat?

Andrzej Wajda: Nie wiem, chyba nie tak sobie to wszystko zaplanowałem. Starzeję się i to jest nieuniknione. Mój problem polega na tym, że reżyser musi być zdrowy i w pełni sił, by w każdej chwili być do dyspozycji swoich współpracowników, a ekipa z roku na rok jest coraz większa. Więc staram się, bo chciałbym zrobić jeszcze jeden, dwa filmy, a może nawet więcej. Tyle projektów mam w planach.

A dzisiejsze kino warte jest jeszcze starań? Na naszym rynku triumfy święcą głupawe komedie romantyczne...

To prawda, w Polsce zaczyna królować komercja. Sądząc po tym, jakie filmy podobają się widzom, można powiedzieć, że wraca kino przedwojenne. To, którego tak szczerze nienawidziliśmy i przeciwko któremu po wojnie występowaliśmy jako polska szkoła filmowa. Nie ma na to rady, takie głupkowate filmy robi każda z europejskich kinematografii. Chodzi jednak o to, czy wrócą też wspaniałe ideały, o jakie walczyło nasze pokolenie. Gdy mieliśmy nadzieję, że poprzez ekran możemy powiedzieć coś ważnego. Sobie i światu. Ja jestem głęboko przekonany, że najpiękniejsze kino rodzi się właśnie z takiej potrzeby. I to właśnie potrzeby, nie kalkulacji. Trzeba robić filmy dla swojej publiczności, ale z takim sercem, żeby to potem mógł być nasz głos w świecie. Dzisiaj takie obrazy pojawiają się na Dalekim Wschodzie.

Nie tylko. Ostatni festiwal w Berlinie wygrał film Bośniaczki Jasmili Žbanić o Sarajewie, które nie może otrząsnąć się z wojennej traumy. Ale Bośniacy żyją w kraju leczącym straszliwe rany i ich twórcy – Žbanić, Denis Tanović, Vinco Brešan wiedzą, o czym chcą opowiadać. A o czym my mamy mówić światu?

No, właśnie... Gdybym wiedział, to robiłbym film, a nie siedział tutaj i rozmawiał z panią. W naszym kraju następują głębokie przemiany, ale one nie trafiają na ekran.

Dlaczego?

Mojemu pokoleniu zawsze towarzyszyła literatura. Ona jest bardziej bezinteresowna i niezależna. Scenariusz powstaje dla jakiegoś reżysera, dla jakichś aktorów. Ktoś go zamawia, ktoś za niego płaci. Pisarz jest wolny od takich zobowiązań. I my zawsze to wykorzystywaliśmy. Dzisiejsza literatura jest na pewno ciekawa, ale młodzi twórcy odwrócili się od spraw społecznych i zajęli sami sobą. Dlatego czuję się nieco osamotniony. Myślę jednak, że wcześniej czy później powstaną powieści, na jakie czekamy, bo przecież stale zadajemy sobie pytanie, co się w naszym kraju dzieje.

W Berlinie Robert Altman pokazał obyczajowy film "A Prairie Home Companion", w którym sportretował grupę ludzi niemal jak z innego świata – solidarnych, przyjaznych, potrafiących się ze sobą porozumieć. I powiedział, że każdy film jest polityczny, bo odzwierciedla to, kim jesteśmy, czym żyjemy, do czego tęsknimy. Więc może niepotrzebnie czekamy na te manifesty polityczne?

My w Polsce jesteśmy winnej sytuacji. Musimy się określić, powiedzieć wyraźnie, po której stronie stoimy, do czego zmierzamy. Ja wiem: mówi się, że to nie te czasy, że po to walczyliśmy o wolność, żeby i artyści niczego nie musieli. Ale wolności też trzeba się nauczyć, a zaszłości społeczne i trudności, z jakimi wychodzimy z epoki PRL, są większe, niż nam się wydawało i będą się jeszcze długo za nami wlokły.

A czy naprawdę filmowcy muszą oglądać się na literaturę? Na świecie powstają filmy polityczne i społeczne kręcone na podstawie oryginalnych scenariuszy.

Nam, niestety, brakuje grupy zawodowych scenarzystów. A ci, którzy są, w większości przenieśli się do telewizji, bo tam mają pracę i pieniądze.

Więc bez wsparcia Iwaszkiewicza, Andrzejewskiego, Kijowskiego, Żuławskiego czuje się pan dzisiaj bezradny?

Sięgając po temat z przeszłości, czuję się całkowicie bezradny. Ale brak literackiego zaplecza nie jest moim jedynym zmartwieniem. Przeszłość jest bardzo trudna do przetłumaczenia na kino. Tamten świat minął i żeby przemówił do dzisiejszego społeczeństwa, trzeba opowiedzieć o nim językiem dla niego zrozumiałym. A jednocześnie trzeba pozostać w zgodzie z prawdą, ze sobą, własną pamięcią i własnym doświadczeniem. Dlatego zastanawiam się, jak wskrzesić tamten czas. Powstają takie filmy: od "Koli", przez "Good bye, Lenin" aż po "Upadek" i "Ostatnie dni Sophie Scholl". Widzowie chcą oglądać przeszłość, żeby zrozumieć teraźniejszość. Więc nie poddaję się, mam nadzieję.

Ale panu towarzyszy również oczekiwanie, że nakręci pan film o współczesności. Chciałabym więc zapytać, jak się pan w dzisiejszej rzeczywistości odnajduje? Wielu twórców z pana pokolenia wycofało się na ubocze. Tadeusz Konwicki otwarcie mówi, że to nie jego czas. A pan czyni wysiłki, żeby ten czas zrozumieć.

Zdecydowanie tak. Nie czułbym się dobrze, stojąc z boku. Dla mnie jako człowieka kina byłoby to pożegnanie z filmem, gdybym nie potrafił porozumieć się z widownią. Bardzo mnie pocieszył film Altmana, o którym pani wspominała. Zobaczyłem, z jaką werwą jest on zrobiony. Serce mocniej mi przy nim zabiło, bo okazało się, że twórczy temperament utrzymuje przy życiu tych, którzy nie boją się nadal robić filmów.

Pan to przecież też nie tak dawno udowodnił "Panem Tadeuszem". Ale kilka filmów, które zaproponował pan po okresie transformacji, rozminęły się z publicznością. Jak pan sam te próby ocenia?

Mnie się wydawało, że gdy nastąpi wolność, będę mógł nakręcić filmy, których ze względu na cenzurę nie mogłem zrobić kiedyś. Że publiczność na nie czeka. Nie zdawałem sobie sprawy, że moi widzowie dawno już wyszli z kina. I przyszli nowi, których to, co mam do powiedzenia, nie ciekawiło. Takie było moje doświadczenie z "Pierścionkiem z orłem w koronie" i "Wielkim tygodniem". Ten ostatni film chcieliśmy z Jerzym Andrzejewskim i Andrzejem Żuławskim zrobić w latach 70. Wtedy to byłaby rzecz ważna, głęboko poruszająca.

Dzisiaj szykuje się pan do filmu o Katyniu.

Muszę ten film zrobić, brakuje go w mojej panoramie polskich losów. Jeszcze w tym roku film będzie gotowy. Chcę opowiedzieć o katyńskiej tragedii, ale również o katyńskim kłamstwie, którym karmiono nas przez wiele lat.

Nie jest pan jedynym artystą, który chce wracać do przeszłości. Ostatnio wiele mówi się, że jeśli pozwolą na to finanse, powinny powstać filmy o powstaniu warszawskim i Monte Cassino.

Czuję tu pewne niebezpieczeństwo. Chęć ukazania naszych dziejów najnowszych od lepszej strony, niż robiliśmy to dotychczas. Nie wydaje mi się to dobrym pomysłem. To znaczy, że wygraliśmy bitwę pod Monte Cassino? Że w czasie powstania warszawskiego młodzi ludzie walczyli dzielnie do ostatniej kropli krwi, więc zwyciężyliśmy? Nie mogę się z tym zgodzić. Wszystkiego, co wiemy o społeczeństwie, nauczyliśmy się na naszych klęskach. I nie byłoby dobrze wmawiać młodzieży, że powstanie warszawskie było sukcesem. Dlaczego dowództwo AK podjęło decyzję o wybuchu powstania, mając w ręku tak mało danych dających szansę na zwycięstwo? Przecież dowódcy na coś liczyli, dlaczego to się nie sprawdziło? Takie pytania są nam potrzebne. Przed laty zrobiłem "Kanał", patrząc na tamte wydarzenia z całym krytycyzmem. A doświadczenie powstania dało materiał do przemyśleń dla wielu decyzji, których byliśmy świadkami potem. Może dlatego Polacy potrafili wyjść ze stanu wojennego i przejść do nowej rzeczywistości w sposób pokojowy, a przywódcy "Solidarności" mieli zapisane w świadomości, że nie wolno im robić niczego, co naraziłoby nasz kraj na zbrojną konfrontację.

Jako artysta robił pan filmy polityczne, zapełniając białe plamy historii. Ale były momenty, gdy angażował się pan w politykę. Dlaczego się pan na to zdecydował?

Jeżeli nawoływałem swoimi filmami do zmian – nie mogłem zdezerterować, gdy kraj potrzebował mnie i mojego głosu w parlamencie. Taka jest zresztą polska tradycja. Artysta, który bierze udział w życiu swego kraju, w pewnym momencie musi przejść do działania.

Przez tę tradycję straciliśmy kilku wybitnych poetów. A pan stracił kilka lat jako twórca. Nie żałuje pan?

Nie. Gdy tworzył się rząd Tadeusza Mazowieckiego, miałem wrażenie, że muszę wziąć udział w tych wydarzeniach. "Solidarność" nie miała dostępu do telewizji, łatwiej mogła uzyskać akceptację wyborców, gdy pojawiali się ludzie, których nazwiska coś mówiły. Przyjechałem do Suwałk i tam wiedziano, kim jestem. Miałem szansę startować w wyborach przeciwko miejscowym notablom. A to nam było potrzebne, walczyliśmy o miejsca w Senacie. Głosowałem w ten sposób za przemianami, które zainicjowali Wałęsa, Mazowiecki i Balcerowicz. To na pewno miało wtedy większe znaczenie, niż gdybym robił filmy.

A dzisiaj nie czuje się pan rozgoryczony?

Nie, myśleliśmy po prostu, że w społeczeństwie szybciej nastąpią przemiany mentalne. Że jest więcej ludzi, którzy czekali na te przeobrażenia tak niecierpliwie, jak my. Z drugiej strony nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak duża część naszego przemysłu upadnie z braku sowieckich zamówień. Nie mieliśmy możliwości, by olbrzymie, przestarzałe zakłady przekształcić, dostosować do potrzeb rynku i utrzymać w nich zatrudnienie. Wałęsa potrzebował planu Marshalla, a Zachód nas nie wsparł. A kiedy zaczęły padać kolejne fabryki i huty, okazało się, że ci, którzy najwięcej dla sprawy "Solidarności" zrobili, najmniej zyskali.

W kinie ciągle powtarza się to samo pytanie, które zadano panu na konferencji prasowej w Berlinie: dlaczego w czasach PRL powstawały fantastyczne filmy, a dzisiaj, kiedy wszystko wolno – polskie obrazy są takie słabe?

W państwie totalitarnym, w którym społeczeństwo nie ma swojej reprezentacji politycznej z powodu fikcyjnych wyborów – jego głosem stają się artyści. I my też przez całe lata, na miarę naszych możliwości, talentu i sytuacji politycznej staraliśmy się być głosem Polaków. Kino polityczne wymaga dużej widowni. Artysta nie może wołać do swojego społeczeństwa, wychylając się przez okno. Bo ile osób go może usłyszeć? Za komunizmu walczyliśmy nie o to, żeby zrobić film polityczny, tylko żeby on mógł wejść na ekrany. Bo stworzono cały system zabezpieczeń. A to kierowano film tylko do kin studyjnych, a to wymyślano, by pokazywać go jedynie w większych miastach. Ale na szczęście kiniarze chcieli mieć widzów, więc była tu sprzeczność interesów, która działała na naszą korzyść, a my w tych pęknięciach systemu znajdowaliśmy swoją szansę. Jednak tylko mówiąc do ogromnej widowni, mogliśmy kształtować opinię. Kiedy pierwszy raz, na projekcji w Gdyni, pokazano "Człowieka z żelaza", publiczność wstała i odśpiewała "Jeszcze Polska nie zginęła". Cokolwiek by powiedzieć o egzaltacji tych ludzi, to jest dla reżysera niezapomniane przeżycie. Dzisiaj już nie do pomyślenia. Nawet jeśli są jakieś napięcia polityczne, to w ogromnym stopniu rozładowuje je telewizja.

A może widzowie mają tego dość? Czują się rozczarowani? Nie chcą patrzeć na brudy? Na polityków prowadzących swoje gry nie o przyszłość Polski, lecz o stołki i władzę?

Przecież społeczeństwo samo tych polityków wybiera. Ma więc takich przedstawicieli, na jakich zasługuje. Może obawia się innych? Mówienie o tym to także nasza rola. Tylko ciągle mam wątpliwości, czy dzisiaj ludzie na głos artystów czekają.

Czy boli pana, że straciliśmy chłonną publiczność, która kiedyś umiała odczytywać najdelikatniejsze aluzje? Dzisiaj widzowie budzą się dopiero, gdy zgrabna, znana z telenoweli aktorka biega w stringach po ekranie w "Ja wam pokażę!".

Bilet do multipleksu kosztuje 18 – 20 zł i kino stało się ostatnio rozrywką dla bogatych. A bogaci nie mają takich problemów. To nie jest grupa niezadowolonych. Do czego ich można podburzać? Namawiać? Oni potrzebują oddechu po ciężkim dniu pracy. Nie tylko u nas. Włoski neorealizm, francuskie cinema verite, amerykańskie czarne kino lat 50. – to były okresy, gdy kino miało władzę nad duszami. A dziś?

No to właściwie dla kogo chce pan zrobić film o Katyniu?

Jak już pani powiedziałem, robię go, gdyż brakuje mi tego wydarzenia w mojej panoramie losów polskich. Ale czasem się dziwię, jak wiele osób oczekuje ode mnie tego obrazu. Ani producenci, ani dystrybutorzy nie obawiają się tego tematu. Może przypominamy sobie, że społeczeństwo bez przeszłości jest tylko zbiegowiskiem. Może znów przyszedł moment, gdy powinniśmy się skonsolidować?

No, ale jak namówić publiczność, żeby przyszła do kina?

To nawet nie jest problem przyjścia do kina, lecz wyłowienia tytułów wartościowych w powodzi sieczki. Po prostu powstaje zbyt dużo filmów. Kiedyś było wiadomo, że w tym roku skończy film Bunuel, Bergman i Kurosawa, a w następnym na przykład Godard.

A może po prostu brakuje tych wielkich mistrzów?

Oni są, tylko toną w powodzi tytułów, z których każdy kusi reklamami.

A czy w ostatnich latach oglądając czyjś film, pomyślał pan: "Szkoda, że to nie mój"?

Zachwyciłem się "Porozmawiaj z nią" Almodovara. Ale zapytałem sam siebie: "Czy mógłbym zrobić taki film?". Nie, bo my nie mieliśmy w Polsce Bunuela. A takie kino rodzi się z innego stosunku do rzeczywistości. Fantastyczna rzecz. Paradoksalny pomysł, zaskakujący, zdumiewający. Patrzyłem na ten obraz z największym podziwem.

A w Polsce? Pozazdrościł pan komuś filmu?

Nie, chyba nie... Może odwrócę to pytanie. Był moment, gdy pomyślałem: "Chwała Bogu, że tego nie zrobiłem". Günter Grass zaproponował mi zekranizowanie "Blaszanego bębenka". Najpierw jakoś się nie układało, potem zrobił to Schlöndorff. Zobaczyłem jego film i pomyślałem, że Grass miał szczęście, bo ja nie miałbym ani takiej dziewczyny jak Katharina Thalbach, ani odwagi, żeby zrobić takie sceny erotyczne.

A teraz nie zazdrości pan, że Schlöndorff robi film oparty na motywach życia Anny Walentynowicz?

Nie, sam go namawiałem na ten temat. Bo dobrze, by ktoś przyjrzał się nam z boku. Ale w historii "Solidarności" Walentynowicz była raczej obiektem, sztandarem, a nie motorem wydarzeń. Pani Ania była symbolem, który ożywił Wałęsa i kilku innych działaczy "Solidarności" świadomych tego, co się wtedy działo w Polsce.

Panie Andrzeju, od kilku lat prowadzi pan w Warszawie swoją Mistrzowską Szkołę Reżyserii. Obserwuje pan najmłodsze pokolenie filmowców. Jacy oni są?

To bardzo interesujący ludzie, którzy z ogromną łatwością posługują się kamerą. My czytaliśmy książki, myśleliśmy w sposób literacki. Oni nieustannie patrzą albo w telewizor, albo w komputer. Obraz jest ich medium. Ale trudno jest im nadać filmowi dramatyczną formę. Nasze wykształcenie kazało nam odpowiadać na pytania: Kim jest bohater twojego opowiadania? Dokąd zmierza? O co mu chodzi? Oni, niestety, czasem o tych pytaniach zapominają.

Jaką im pan daje radę, wręczając im co rok dyplomy?

Zawsze tę samą: "Jeśli pracujecie w Polsce, to kręćcie filmy polskie, jakich w Hollywood za was nie zrobią. Rozmawiajcie z publicznością o tym, co jest dla was ważne, ale mówcie takim językiem filmu, żeby widzowie was zrozumieli".

© Rzeczpospolita 2006
www.rzeczpospolita.pl

Dziękujemy redakcji i wydawcy "Rzeczpospolitej" za zgodę na przedruk tego artykułu.



KatyńFilmy
Wywiad na 80. urodzinyWajda o sobieDwoje oczu reżysera
OskarInne nagrody
TeatrTeatr telewizjiDlaczego pracuję w teatrze?
Dlaczego Japonia?UlubioneGaleria rysunków
O WajdzieList SpielbergaBibliografia
Jak powstała ta witryna?Autorzy witryny
English Version


Album o filmie Katyń można zamówić w amazon.com w wersjach językowych: angielskiej oraz polskiej
Copyright © 2000–2011 Prószyński Media sp. z o.o. Wszystkie prawa zastrzeżone
Witryna przygotowana przy współpracy Andrzeja Wajdy